„…to bardzo wyjątkowe miejsce,
gdzie spotykają się bardzo wyjątkowi ludzie.
Ludzie roztańczeni, ludzie rozśpiewani,
czasem nawet jedno i drugie!”
W taki oto sposób można by opisać każdy Teatr Muzyczny do jakiego uda się wstąpić nam, jedynie biernym, słuchaczom musicalowych widowisk. Do grona tego typu osób ostatnimi czasy przystąpiłam ja sama. A co sprawiło, że mój zachwyt nad musicalami sięgnął szczytu? Sprawiły to dokładnie dwa spektakle, których zarówno historia jak i muzyka są niezmiernie odmienne, ale tak samo wspaniałe.
Pierwszym jest chorzowska wersja broadwayowskiego hitu „Jekyll i Hyde”. Tutaj uwiodła mnie nie tylko cudowna muzyka i treść utworów, nie tylko wspaniała scenografia i kostiumy, nie tylko świetnie dograna choreografia, ale przede wszystkim poruszająca rola Janusza Krucińskiego, który przez te dwie godziny był prawdziwym Jekyllem i Hydem. Siedząc w drugim rzędzie można nie dopatrzeć wielu aspektów przedstawienia, jednakże to co najważniejsze ma się na wyciągnięcie ręki. A najważniejszym była zdecydowanie kluczowa scena konfrontacji głównego bohatera, jego walki wewnętrznej.
Drugim musicalem, które pogłębiło moją miłość do tego typu produkcji, jest „Spamalot”. Ten zgoła odmienny spektakl pokazuje, że życie nie zawsze musi być brane na poważnie.
„…Kiedy masz wiarę w coś, zawsze
ją w sercu noś.
Płyń pod prąd, mimo fal, znajdź swój
Graal…”
Od 18 marca, Wrocław był stolicą aktorskiego śpiewania. W końcu nie na darmo odbywał się tam 32 przegląd tej właśnie piosenki. W ramach tego wydarzenia, dolnośląskie centrum postanowiła odwiedzić trupa gdyńskiego teatru muzycznego, która przygotowała polską wersję broadwayowskiego musicalu "Spamalot", podchodzącego dosyć oryginalnie do historii króla Artura i jego rycerzy.
Odkąd, od jakiegoś czasu, legendy arturiańskie znajdują się w kręgu moich największych zainteresowań, wszystkie filmy, książki a także projekty muzyczne o tej tematyce natychmiast mnie do siebie przyciągają. Nie mogło być inaczej i w tym przypadku. Już wcześniej słyszałam o wersji legend w wykonaniu kultowego Monty'ego Pythona, jednakże dopiero niedawno dowiedziałam się o jej musicalowym wykonaniu. Zanim pojechałam do Wrocławia zapoznałam się z broadwayowską wersją „Spamalota” i już wtedy wiedziałam czego się spodziewać, a utwory takie jak „Knights of the Round Table” czy „His nam is Lancelot” sprawiały, że za każdym razem uśmiechałam się od ucha do ucha. Ponadto czytałam wiele pochlebnych opinii na temat polskiego wydania musicalu i jechałam na Dolny Śląsk pełna oczekiwań i z wielkim podekscytowaniem. Nie zawiodłam się. Szkoda tylko, że może minąć wiele czasu do momentu następnej okazji zobaczenia "Spamalotu". Na wydanie polskiej wersji spektaklu w postaci DVD bądź choćby płyty z samą muzyką raczej nie ma co liczyć. Na szczęście pozostają wspomnienia, a te są jak najlepsze.
„…Pewnego dnia, przemierzając kraj,
ujrzałem jak z wód jeziora wyłania
się kobieta…”
Kiedy o godzinie 18.30 podjechałam pod Teatr Polski we Wrocławiu już wiedziałam, że widownia będzie zapełniona po brzegi. Świadczy o tym też fakt, że wiele osób przybyło na spektakl bez biletu i spędziło najbliższe dwie godziny na schodach bądź miejscach, które były puste z racji nie przybycia niektórych widzów. Godziną rozpoczęcia miała być 19.00 jednakże opóźnienia związane z ciągłym przybywaniem gości sprawiły, że musical rozpoczął się z kilkunasto minutowym opóźnieniem. Wszystko jednak, cały ten czas oczekiwania, zrekompensowały mi następne dwie godziny, podczas których na dobrą sprawę nie opłacało się przestawać śmiać.
A rozpoczęło się dosyć niewinnie. Można to było także zauważyć po reakcji publiczności, która z początku jakby nieśmiała, z minuty na minutę rozkręcała się aby pod koniec, podobnie jak ja, płakać ze śmiechu. Pierwsze kilkanaście minut było więc niejako wstępem do tego co miało nastąpić później. Ja, z racji tego, że byłam obeznana z wersją z Broadwayu, wiedziałam co mnie po kolei czeka. Dlatego też zdarzało mi się zawczasu śmiać, co wywoływało dziwne reakcje osób siedzących obok, ale po godzinie oglądania już nikt nie zwracał na to uwagi.
Najpierw mieliśmy zapoznanie się z głównymi bohaterami spektaklu: Arturem i jego „koniem” oraz giermkiem Patsym, Galahadem, Panią Jeziora, Lancelotem, Robinem i Bedeverem a także z Historykiem, który był narratorem całej opowieści. I to właśnie on otwiera sam musical opisem sytuacji Brytanii, w którym to opisie nie brakowało już elementów humorystycznych. Jednakże dopiero pierwsze spotkanie z Arturem, który ćwiczy swoją jazdę konną, doprowadziło do głośnych śmiechów na widowni. Podobnie zresztą miała się sytuacja z zapoznaniem się z Galahadem, który okazał się intelektualistą o socjalistycznym zabarwieniu. Po tym nastąpiło wielkie wejście Pani Jeziora a następnie mianowanie Galahada na rycerza Artura.
W tym miejscu można by zakończyć pierwszą część spektaklu. Owszem, 1 Akt kończy się dużo później, ale właśnie od tego momentu jednym z aktorów stała się także widownia. Wizyta w Camelocie i słynna piosenka „Ryczerze Okrągłego Stołu” rozbawiła wszystkich, jednakże to co nastąpiło potem, a mianowicie występ Pani Jeziora, przyćmił jak do tej pory wszystko. Marta Smuk, która wcielała się w tą rolę, dała popis swoich umiejętności. Mieliśmy tutaj całą gamę utworów od jazzowych piosenek, przez Lady Gagę na piosenkach z reklam Plusa skończywszy (w tej roli słynne siostry Bezendu). Po tym występie sala zatrzęsła się od braw. Ale to co nastąpiło potem nie ustępowało w niczym popisom Pani Jeziora. Dokładnie rzecz biorąc otrzymaliśmy piosenkę typu „We are the World”. Tutaj również nie przesadzam, czego chyba nie można powiedzieć o twórcach, którzy przesadzali do woli, ale w świetnym guście. Pojawianie się na scenie Michaela Jacksona, Elvisa Presleya, a z polskiego podwórka Maryli Rodowicz i wreszcie Wioletty Villas i śpiewających piosenkę „Znajdź swój Graal”, wywoływało napady śmiechu i oklasków całej widowni.
Podobnie rzecz się miała z kolejnym epizodem, a mianowicie poszukiwaniem Graala u swoich sąsiadów zza morza, czyli Francuzów. Tutaj, trzeba przyznać, znakomicie spisali się tłumacze, którzy bardzo dobrze sprostali zadaniu i przetłumaczyli frazy francuskich żołnierzy w sposób bardzo komiczny, a przy tym oddający, że się tak wyrażę, francuskość. Ta scena jest również świetnym przykładem na to, że ten spektakl wyśmiewa się nie tylko z historii Anglii, Francji, ale także choćby mitologii. W końcu każdy wie, że niezawodnym sposobem na zdobycie zamku wroga jest drewniany królik, w którym na nieszczęście zapomnieli się ukryć Galahad i reszta.
W tym miejscu kończył się 1 Akt całego spektaklu, więc i ja zakończę ten akapit mojej relacji słowami francuskiego żołnierza: „…dawać tu la kan – kan grupę!”
Galahad i Pani Jeziora 2 Akt otwierał utwór, który stał się niejako przewodni dla całości. „Always Look on the Bright Side of Life”, bo taki jego tytuł, przewija się już niemal do końca spektaklu. Jednakże zanim ten koniec nastąpił, było wiele fantastycznych scen i utworów. Wśród nich na pewno trzeba wymienić piosenkę na cześć dzielnego Sir Robina, który rzeczywiście bardzo dzielnie słuchał o tym jak to rzekomo ma gdzieś, że wrogowie chcą mu odciąć rękę, nogę, głowę itd. Jednak ten sam „dzielny” Sir Robin tłumaczy królowi Arturowi, że aby wystawić musical na Broadwayu, który notabene leży w kraju jeszcze nie odkrytym, potrzebni są im Żydzi. A tych niestety brak. I tutaj znów byliśmy świadkami kolejnej prześmiesznej piosenki. Potem okazało się, że Żydem był Patsy, jednak bał się do tego przyznać, ponieważ: „nie mówi się takich rzeczy, przy uzbrojonym katoliku.”
Pani Jeziora Po tym nastąpił moment, na który chyba czekałam najbardziej. Do głównej akcji wkroczył Sir Lancelot oraz Herbert, „nieco” zniewieściały książę, szukający miłości. Jak zapewne jest się łatwo domyślić, odnalazł ją i to pod postacią pewnie najmniej oczekiwaną. „On zwie się Lancelot” na pewno rozwiało wątpliwości i rzecz stała się faktem, który jak stwierdził w finale sam zainteresowany, będzie budzić kontrowersje nawet za tysiąc lat. A zatem po słowach Herberta – „…Lancelocie po co ty swe chowasz Preferencje względem różnych spraw…” – otrzymaliśmy dawkę wspaniałego humoru, a zarazem popisy umiejętności tanecznych, nie tylko Lancelota.
Jednakże finał był dopiero przed nami. Tutaj nastąpił zaś moment kiedy wszyscy na sali wręcz płakali ze śmiechu. Otóż w kulminacyjnym momencie, kiedy Artur jest już bardzo bliski odnalezienia Graala, okazuje się, że na przeszkodzie staje im "straszliwy" potwór i do zniszczenia go, świta z Camelotu postanawia użyć Świętego Granatu z Antiochii. Aktor, który czytał instrukcję jego obsługi, a była to Księga Broni (rozdziału i wersu już nie pamiętam), ma u mnie najwyższy szacunek. Podobnie zresztą jak tłumacz, który po raz kolejny udowodnił swój talent do tego zawodu. W tym miejscu chciałabym zacytować owego mnicha, gdyż opisać tą sceną jest naprawdę trudno. „Gdy do trzeciej liczby odliczysz, a liczba ta jest trzy, uniesiesz Święty Granat z Antiochii i pyrgniesz nim we wroga swego. Ten zaś, niemiłym mi będąc odwali kitę…”
Czytanie Księgi Broni
Król ArturFinał okazał się bardzo szczęśliwy, a owacja na stojąco przez kilka dobrych minut oraz wspólne śpiewanie „Always Look on the Bright Side of Life”, świetnie pokazują, jakie wrażenia wywarli gdyńscy twórcy na wrocławskiej publiczności. Z całą pewnością nie przekazałam tutaj nawet połowy tego wszystkiego w co obfitował „Spamalot”. To po prostu trzeba zobaczyć samemu. Mam jednak nadzieję, że może chociaż troszeczkę przybliżyłam ten spektakl.
Chciałabym jeszcze dodać, że przedstawienie nie byłoby tak udane gdyby nie aktorzy, którzy znakomicie sprawdzili się w swoich rolach. Według mnie na największe brawa zasługują Marta Smuk (Pani Jeziora), Marek Kaliszuk (Herbert), Jerzy Michalski (Galahad) i Bernard Szyc (Artur). Po za tym tak jak już wielokrotnie wspomniałam świetnie spisali się tłumacze. Dobrze wiemy, że trudno jest przełożyć niektóre angielskie wyrazy na język polski. Na szczęście Ci, którym powierzono to zadanie w przypadku „Spamalotu” nie poszli na łatwiznę i zrobili to najlepiej jak mogli.
Brawa należą się również za to, że twórcy nie bali się także sięgnąć do polskiej historii. Wplecenie wątku Juranda ze Spychowa czy Niemca, którego Wanda nie kochała, okazało się strzałem w dziesiątkę. Jestem przekonana, że jeszcze wielu zostanie zauroczonych tą wersją legend arturiańskich. Na pewno znajdą się tacy, których nie porwie ta historia, jednakże mam nadzieję, że osób, które potrafią podejść z dystansem do życia i czasem pośmiać się z własnej historii, spojrzeć na nią z przymrużeniem oka, będzie coraz więcej. A wszystko dlatego, że…
„Życie lepszy ma smak, gdy zmartwień brak.
Gdy życie smak ma gorzki
To niepotrzebne proszki
Wystarczy śmiać się, tańczyć, śpiewać w głos.
Lecz gdy znów cię najdzie dół
Nie siedź zgięty w pół
Wesoło gwiżdż i w górze trzymaj nos
Bo…życie lepszy ma smak, gdy zmartwień brak.”
************************************************
Dla zainteresowanych informacjami na temat "Spamalotu" poniżej umieszczam linki do stron z nimi.
Opis spektaklu na stronie TM w Gdyni
Filmik zawierający fragmenty spektaklu i wywiad z aktorami
Relacja z wrocławskiego przedstawienia wraz z filmikiem
Filmiki z 32. PPA we Wrocławiu (fragment "Spamalotu" w Kronice 32. PPA 2)
Artykuły na temat "Spamalotu" w gazeta.pl
"Znów jestem sam" - jedna ze scen spektaklu